W krainie Bambi

Park Knole przed południem jest prawie pusty. Wyjątkiem są wałęsające się Bambi i emerytowani golfiści. Mijani mruczeli „GMornyng”. Po miłym mrukliwym powitaniu wracali do ustrzeliwania Bambi, wybijając w ich stronę białe piłeczki wraz z obłokiem ziemi i trawy. Zastanawiałam się ile danieli rocznie jest ustrzelonych przez bezwzględnych golfistów. Strażnik parkowo zamkowy powiedział, że odkąd tu pracuje nie ucierpiał żaden zwierzak. Może krótko tu pracuje. Widziałam przecież już parę maluchów, które podczas sobotnio niedzielnych rodzinnych spacerów biegały po parku w kaskach… goniąc Bambi.

Dziś park tonął we mgle (golfiści jakby tego nie zauważali i grali jak co dzień, celując gdzieś w przestrzeń). Im dalej oddalałam się od grających, tym cichszy zdawał się park. Jest w nim coś, co przywodzi mi na myśl moją ulubioną książkę z czasów dzieciństwa. Opowieści z Narnii, które pochłonęłam kilka razy i które kiedyś przenosiły mnie do magicznej krainy, dziś były jakby odrobinę bliższe rzeczywistości. Idąc zniszczoną dróżką, przechodząc pomiędzy starymi sadami, nie widząc nikogo w promieniu wzroku, mogłam chłonąć otaczającą mnie ciszę. Na swojej drodze nie spotkałam nikogo oprócz wiewiórki i parę stad danieli. Zabrakło tylko fauna.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy