Cambridge – z wizytą u Harrego Pottera

Sobota rano – wyjazd do Cambridge. Jest 11.30 – mały, biały fiat 500 już na nas czeka pod domem. Zapakowani, zatankowani, uzbrojeni w mapę, ruszamy. Cambridge – miejsc parkingowych w centrum miasta jest mniej niż mało. Jedynie parking klubu bowlingowego seniora świeci pustkami. Podejrzanie mili, starsi panowie zachęcają, żeby zostawić samochód pod ich opieką.

Miasto jest przesiąknięte historią i atmosferą studenckiego życia. Błąkając się po uliczkach, mijając kamienne budynki, nie trudno wyobrazić sobie to miejsce dwa czy trzy wieki temu. Ośrodek akademicki funkcjonuje tu od 1209 roku. Odbijając z ruchliwych uliczek, w boczne bramy wejściowe tutejszych Collegy, przenosimy się w inny wymiar czasu. Przed bramą ruch, gwar, głośna muzyka z głośników przejeżdżających samochodów. Zaraz za bramą wita nas cisza i mimo, że kręci się tu parę osób, miejsce wydaje się emanować powagą, której nie sposób nie uszanować. Wychodzimy z dziedzińca pierwszego Collegu przez mały wewnętrzny ogród, koło uczącej się pary studentów. Na tyłach akademika mijamy kolejną grupkę studentów. Przejście prowadzi nas do wewnętrznych zielonych terenów, przez który wije się rzeczka. Kilka grupek studentów piknikuje, para kaczek drepcze po trawie. Po drugiej stronie, ktoś czyta książkę i karmi ptaki.

Chciałabym studiować w tym miejscu, chociaż przez pół roku. Być nie tylko obserwatorem. Być tam studentem. Chodzić na co dzień z książkami i laptopem przez tutejsze dziedzińce, zaglądać do miejsc, do których oko turysty nie sięgnie, czuć zapach otaczającej historii. Chodząc między tutejszymi murami, nasuwa mi się jedno natarczywe skojarzenie – to miejsce zdaje się być przeniesione żywcem do świata Harrego Pottera. Hogwart to niewątpliwie mix tutejszych Collegy, ale przede wszystkim tutejsza atmosfera. Zaglądamy do kolejnych kolegiów – Trinity, King’s College, St John’s College.

Przemykamy się przez kolejną bramę. Udając tutejszych studentów unikamy opłaty za wejście. St King’s College wita nas muzyką. W kaplicy trwa próba chóru, któremu akompaniuje orkiestra. Oparta o bramę, zmykam oczy. Długie partie smyczków, bogactwo głosów, znowu szybuję myślami gdzieś daleko. Po minięciu kaplicy, szeregu korytarzy, kolejnych wewnętrznych dziedzińców, wychodzimy na otwartą przestrzeń nad rzeką. Tu tętni życie. Stojąc na moście, podglądam pływających na łódkach studentów i starszych wycieczkowiczów.

Łódkę prowadzi zawsze jedna osoba. Odpycha ją od dna rzeki, korzystając przy tym z długiego drąga. Ktoś proponuje nam spływ rzeką. Z mostu widzę okno akademika. Ktoś siedzi przy biurku. Parę osób siedzi na murze, 3 metry nad rzeką, pijąc piwo. Idziemy dalej wzdłuż rzeki. W Costcie pijemy rozrzewniającą, wielką czekoladę. Samochód nadal stoi, jak stał. Podejrzanie mili seniorzy nie zamknęli parkingu. Trochę szkoda… Wracamy do Sevenoaks.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wingardium Leviosa!

Reklamy