Wino muzyka i Brighton

Nadszedł kolejny weekend. Tuż po 9 ruszamy do Brighton. Miasto kojarzy mi się z wąziutkimi uliczkami, kolorowymi witrynami i sklepikami z niecodziennymi gadżetami. Byłam tu w grudniu, przylatując na jeden dzień z Gdańska. Co nas spotka tym razem? Szukamy miejsca parkingowego. Na wyspach to prawdziwa zmora. Udało się całkiem nieźle, nad samym morzem. Czas iść na molo. Szukam porównań z tym sopockim. Tak na szybko łatwiej wymienić mi różnice. Przede wszystkim molo w Brighton jest porośnięte parkiem rozrywki, obklejone karuzelami, upstrzone światełkami. Wchodząc uderza w nos zapach oleju z frytek, topionego sera i słodkich donatów. Warto jednak pokonać kurtynę smrodu i iść dalej. Zdecydowanie odradzam buty na obcasach. Deski na tutejszym molo nie pozwalają na to, żeby upatrzyć sobie jedną szeroką i dreptać po niej aż do końca, stawiając zgrabnie nogę za nogą. Nie nie… Przejście w butach na obcasach jest DUŻYM wyzwaniem, bo deski ułożone są złośliwie – w poprzek.

Zwolennicy automatów do gier znajdą tu dla siebie raj. W automatach oprócz kasy, można wygrać lizaka chupa chups (juhu!) hello kitty, gluta na długiej rączce i masę innych wspaniałych nagród. Pit prawie wygrał wielką, pluszową ośmiornicę, hurra! Prawie, bo zajął drugie miejsce. Hurra, bo nie wygrał. Ośmiornica miała około 1,5 m i była koszmarnie koszmarna. Tuż przy molo przyciągnął moje oczy dość nietypowy samochód. Dokładniej mówiąc nietypowa karoseria, która sprawiała wrażenie lustra. Pita zaś zwabił przedstawiciel tegoż, gorąco namawiając na jazdę próbną. Samochodzik okazał się być eko przyjazny, elektryczny, ładowany przy specjalnie wyznaczonych pachołkach zasilanych w prąd. 7 godzin ładowania, 80 km jazdy. Samochodzik podczas jazdy praktycznie nie wydawał z siebie dźwięku. To plus, bo wewnątrz jest przyjemnie cicho. Minus, bo co jadąc przez zatłoczone centrum, piesi nie rozstępowali się na drodze lub wręcz wchodzili pod maskę.

W górnej części miasta wplątaliśmy się w uliczkę targową. Stoliki z dosłownie wszystkim zajmowały dwie wąziutkie uliczki. Schodzimy do sklepu ze starociami. Wykopuję książkę Kubusia Puchatka z 83 roku. Obok niego leży Playboy z 63 roku. Każda gablota przyciąga wzrok. Każda wymaga skupienia. Na piętrze Pit odnajduje swój raj. Kącik z gitarami. W końcu, z trudem, udaje się nam wyjść z tylko jedną zdobyczą. Ekspedientka wypuszcza nas jako ostatnich. Musimy tu wrócić.

Wyjazd do Brighton okazał się być strzałem w dziesiątkę nie tylko ze względu na uroki miasta, pogodę i widoki. Trwa tam właśnie Fringe Festival. Ulice zatłoczone są ludźmi. Na festiwal zjechały teatry uliczne i grupy tancerzy, artyści z wysp i Europy. Wszystkiemu przyglądają się ludzie, którzy sami wyglądem ściągali mój wzrok. W centrum, na ulicach mieszają się dźwięki gitar i wokali, piwo leje się strumieniami a na parkowych trawnikach trudno o wolny kawałek trawy. Zatrzymujemy się na placyku z plażowymi leżakami. Rozkładam się wygodnie na jednym z nich. W jednej ręce zimne piwo, w drugiej aparat. Słucham koncertów trzech kapel. Niczego więcej mi nie trzeba. Pit przychodzi z czipsami. Tym razem już na prawdę niczego więcej mi nie trzeba.

Czas powoli wracać. Jeszcze tylko jeden występ, jeden pokaz slow motion. To był niesamowity dzień. Na koniec, z wrażenie zgubiliśmy auto. W końcu się znalazł – parę przecznic dalej, w kierunku centrum…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy