Maliny i zające

Dzisiejszy dzień upłynął na doznaniach smakowo-węchowych. Zaczęło się od śniadania mistrzów. Na stół wjechały świeżo pieczone bułeczki z czosnkiem i serem (miasto omijamy dziś szerokim kołem, więc można zionąć!). Towarzyszyły im słodkie pomidorki z mozarellą, skropione oliwą i octem oraz pyszna jajecznica. Zdaję sobie sprawę, że dietetyk w tej chwili zapłacze, nie szkodzi – było przepysznie. Po obfitym śniadaniu udało mi się zapiąć kurtkę. Wcisnęłam głowę w kask, ręce w rękawiczki, zarzuciłam torbę na plecy i obładowana niczym wielbłąd w temperaturze 20 kilku stopni wsiadłam z na motor. Uuuuuf. Dobrze, że okulary przeciw słonecznie mieszczą się pod kaskiem. W planach Emmets Garden i maliny.

Jedziemy zacienioną, wąską drogą. Przed nami pusto, za nami pusto. Pod osłonkę kasku wdzierają się zapachy mokrej ziemi, paproci i liści. Słońce i temperatura uwalniają woń lasu. Niucham to wszystko z dużą przyjemnością, do momentu, kiedy z przeciwnej strony mija nas samochód. Karta national trust otwiera nam wejście do kolorowych ogrodów z widokiem na okoliczne woski. Nos dalej pracuje. Znajdujemy cichy zielony kąt, w którym można poczytać książkę w słońcu (ja) / poczytać książkę w cieniu (Pit). Miękka trawa nie sprzyja lekturze. Po paru minutach zasypiam. Nawet pająki, które chwilę wcześniej natarczywie próbowały dostać się do mojej kurtki, przestały mi dokuczać. Życie Pi, którę parę dni wcześniej dorwałam za 50 pi w charity shopie leży na trawie. Potwierdza się reguła – najlepiej czyta się w pociągu (zatłoczonym).

Kolejne w planie – maliny. Właściwie to maliny, jeżyny albo inne pyszności, które można zrywać, zbierać i szybko pożerać rozglądając się przy tym, czy nie zjawi się właściciel uprawy. Trafiliśmy na idealne miejsce niedaleko Ightham Mote. Sady ciągną się tam hektarami. Wejście na uprawę malin zaczyna się w miejscu, do którego mało kto zagląda. Tylko motor zdradza naszą obecność. Za żywopłotem zaczyna się malinowy raj. Mniam, smak i zapach rozgrzanych słońcem owoców jest nie do opisania! Zbieramy mały zapas na tartę. Zaraz za krzakami malin zaczynają się śliwy, za nimi leszczyny i jabłonie. Spod nóg czterokrotnie czmycha mi zając. Czuję, że niedługo znowu odwiedzimy to miejsce.

Tarta wyszła przepysznie a winko tym razem udało się otworzyć bez otwieracza – na szczęście miało nakrętkę. Jutro poniedziałek. Myśl o porannym wstawaniu burzy mój dzisiejszy owocowy spokój. A gdyby tak wprowadzić 3 dniowy weekend… albo 2 dniowy + poniedziałki poświęcone na pracę o charakterze ciut bardziej społecznym np. zbieraniu owoców dla siebie i dzieci w szkołach… albo czyszczeniu plaży i opalaniu się. Proponuję przespać się z tą myślę.

Dobrej nocy i malinowych snów!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy