Wybrzeże francuskie na 2 kółkach

Co robimy w weekend? hmmm, nie wiem… może do parku, albo do Londynu. Mhmm, może do Francji? OK. No i wyjechaliśmy – 4.30 rano, z plecakiem na plecach, w zimowej kurtce, na motorze. Po 15 minutach jazdy nie czułam ud. Po pół godziny jazdy nie czułam palców. Wjechaliśmy na autostradę – zamieniłam się w sopelek. Krótki postój na stacji benzynowej, gorąca czekolada na rozgrzewkę, nie ściągam kurtki, kubek dygocze razem ze mną. Musimy trochę dziwnie wyglądać w towarzystwie osób w krótkich rękawach, które wysiadają z samochodów… Wskakujemy z powrotem na motor. Trzeba nadgonić czas stracony na objazdy zamkniętego fragmentu autostrady.

Pędzimy z góry, prosto do portu w Dover. Przed nami, w dole, wschodzi słońce – wyłania się złotą poświatą z morza, razi w oczy, oświetla port. Nie widzę kolorów, lecz czarne kontury. Do portu wpływa właśnie prom. Robi się pocztówkowo. Samotnie ustawiamy się w kolejce dla motocyklistów. Niebieski zostaje przypięty pasami i sklinowany. Idziemy na english breakfest. Kiełbasa, bekon, jajo, pieczony pomidor, grzanki i ziemniaki. Uuf, na szczęście bez fasolki. To był pierwszy i ostatni raz. Jednak wolę tą drugą skrajność – minimalistyczne włoski śniadanka z małą kawą i ciastkiem.

Calais przywitało nas burymi blokami. Uciekamy do Conquelles, gdzie miły pan w recepcji daje się przekonać, żeby zakwaterować nas 2 godziny przed czasem. Hotelik pośrodku niczego jest świetną bazą wypadową dla osób, które chcą posmakować uroków wiosek wzdłuż wybrzeża Bretanii. Po szybkim rozgrzewającym prysznicu i wyrzuceniu paru zbędnych kilo z plecaka, jedziemy na południe, w stronę Boulogne. Robimy przystanek w Wissant. Na co drugim podjeździe stoi traktor. Za traktorem na na przyczepie łódź… Dziwny widok. Wracamy tu w nocy. 50 metrowa, kamienista plaża, na której zbieraliśmy rano muszle, w nocy zamieniła się w 200 metrową piaszczystą plażę, której jedynie początek był kamienisty. Stojąc chwilę w jednym miejscu, stopy powoli otaczał krąg wody. Na końcu plaży, grupa osób ubranych w wysokie kalosze łowiła ryby. Jakiś pies kopał dziury w piachu, które natychmiast zapełniały się słoną wodą.

Szukając miejsca w którym moglibyśmy spróbować lokalnej przekąski, zaglądamy do paru knajp. W jednaj za pusto, w drugiej za drogo, w kolejnej za plastikowo. Przejechaliśmy koło knajpki przy bocznej uliczce prowadzącej do morza. Wywijam głowę, żeby się jej jeszcze chwilę przyjrzeć. Pełen kwiatów, mały ogródek na tyłach przesądził o wyborze. Zawracamy. Tylko co zamówić? Menu po francusku. Kelnerka rozsyła nieme uśmiechy. Uhmm… to ja wezmę tooo. Pit wybrał coś co na 90% miało być zupą. Obydwa strzały okazały się pyszne. Na przystawkę dostałam pomidory nadziewane krewetkami a jako danie główne wielką michę muli. Zupa Pita – palce lizać. Na deser kawa z kilkoma ciastkami do spróbowania. Nie spodziewałam się tylu pychotek.

Jedziemy dalej. Droga do Bolougne usiana jest poniemieckimi bunkrami. Część z nich została zagospodarowana na muzea. Cześć nadal zionie pustką. Pozostałości bunkrów na plaży zalane są wodą. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, chłonąc uroki sennych i cichych nadmorskich wioseczek. Biało otynkowane domy, malwy wzdłuż drewnianych płotów, sklepiki ze świeżymi owocami morza i kawiarenki przyciągają wzrok. Zatrzymujemy się w kolejnej wiosce. Zaglądam do małej winiarni. W sklepie z czekoladą wybieram sobie jedną pralinkę. Ekspedientka z miłym uśmiechem pokazuję cenę: 1.50€. Jej… mogłabym mieć całą czekoladę z okienkiem.

Dojeżdżamy do Bolougne pod wieczór. Leniwie kręcimy się po centrum, potem pniemy się do średniowiecznej części miasta. Zaraz ze bramą mijam park, w którym zamiast płotów są duże sztućce, zamiast kwiatów – sardynki. Czuję się jakbym dreptała przez sam środek czyjegoś talerza. Miasto choć urokliwe, nie wywołuje u mnie tego dreszczyku, co okoliczne wioski rybackie. Wracamy, tym razem na kolację, do naszej wypróbowanej knajpy. Tam czeka półmisek owoców morza. (tylko jak to jeść??!! i do czego są te szczypce…) Udało się… Krab, popity białym, lokalnym winem, znika z talerza. Ostrygi i ślimako podobne dziwolągi mnie do siebie nie przekonały. Chyba jednak zostanę przy moich wypróbowanych mulach.

Jazda tam, gdzie oczy poniosą i nos podpowie okazało się trafną decyzją. Być może żadnej z tych wiosek nie ma w przewodniku ale stanowczo i gorąco polecam zapuszczenie się na wybrzeże Bretanii. (koniecznie ze słownikiem!!)

Wracamy wywiani i przypieczeni słonkiem. Swoją drogą, musieliśmy wesoło wyglądać na plaży, w pełnym motocyklowym ekwipunku, pomiędzy ludźmi w bikini i kąpielówkach… Moje włosy mają dziś dużo do pogadania ze szczotką.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy