Surowe oblicze Walii

W piątek przed długim weekendem wyszłam, a właściwie wybiegłam z pracy o 17.30. Na przerwie na lunch zrobiłam ostatnie przedwyjazdowe zakupy. Mam już karimaty i kompas. W pracy, mówiąc, że planujemy spać w namiocie, wywołam salwę śmiechu. Za oknem burza i leje. Biegnę na autobus. W sevenoaks nie ma ani jednej chmurki, może jednak nie będzie źle. Wyjazd po 20, jeszcze tylko coś na ząb, szybki prysznic i w drooogę… Ruch na autostradach umiarkowany, pędzimy na Birmingham, później na Langollen i północną Walię. 500 km połknęliśmy na tyle szybko, że postanowiliśmy jechać bezpośrednio do Pont Pen-y-benglog. Miejsca, w którym miała się zacząć nasza poranna wycieczka do Devil’s Kitchen. Kręta i wąska droga, otoczona kamiennymi murkami, doprowadziła nas na sam parking pod wejściem na szlak. Z tyłu, na siedzeniu czeka namiot. Nieee, dziś śpimy w samochodzie. Siedzenia już rozłożone, śpiworki rozpakowane. Odpalamy Bacardi za dobry początek naszej walijskiej przygody. Zasypiam otoczona ciemnością, pośród gór. Niedaleko beczy owca.

Rano budzi mnie deszcz pukający w szyby samochodu. Czas przyszykować się do drogi. Piter co 3 minuty powtarza jak tu pięknie. Jest zimno i mokro – tego jestem pewna. Zakładam soczewki, otwieram drzwi. Rzeczywiście – widoki są niesamowite. Parking znajduje się u podnóża gór. Po lewej i prawej widzę surowe szczyty. Obok samochodu pasą się dwie owce. Pojawiają się pierwsi turyści. Kupuję mapę, sprawdzam pogodę – do 12 heavy rain shower. Juhu! Trasa, na którą się wybieramy, ma około 3 mil. Na wejściu na szlak mijamy kutą bramę, uniemożliwiającą ucieczkę owcom. Po niecałych 5 minutach od wejścia na szlak naciera na nas biała ściana. Po chwili ściana runęła wodą. Zanim zapakowaliśmy się w nasze profesjonalne, nieprzemakalne worko – pelerynki, byłam przemoczona do suchej nitki. Woda chlupała mi nawet w nieprzemakalnych traperach. Pasterze powiadają, że jeziorko Idwal, przy którym dopadł nas deszcz, jest nawiedzone przez demony i nawet ptaki nie przelatują nad jego wodą. Trasa opisana w przewodniku zaczyna się od słów, że jeśli przyjdzie się tu w mglisty i wilgotny dzień, można doświadczyć w pełnej okazałości grozy tego miejsca. Grozy nie czułam. Słyszałam za to plusk i czułam deszcz na twarzy.

Dopiero po pierwszej fali deszczu, kiedy z góry siąpiła już tylko drobna mżawka, zaczęłam chłonąć atmosferę tego miejsca. Po skałach spływały nitki wodospadów. Trasa pięła się przez wrzosowiska, w górę, do nagich skał. Znaleźliśmy wygodne miejsce, na przeprawę przez jeden z szerszych na trasie wodospadów. Im wyżej się wspinaliśmy, tym gęstsza otaczała nas mgła. Podczas jednej z kolejnych ulew schowaliśmy się pod skalną półką. Czas na szamę – sardynki w sosie pomidorowym i banany. Mix pierwsza klasa. Mniam. Sprawdzamy mapę. Dalsza trasa wspina się teraz ostro w górę. Dwie turystki rezygnują ze wspinaczki. Mijają nas dwie osoby schodzące w w przeciwną stronę. Przemoknięty instruktor odradza wspinaczkę. Gęsta mgła utrudnia odnalezienie trasy. Widoków brak. Lekko zawiedzeni wybieramy inną trasę. Po zejściu na parking marzy mi się suszarka i suche ubranie. Namiot lub kolejny nocleg w samochodzie, nie zapewniają tego luksusu.

Pukam do hostelu niedaleko trasy. Miejsc brak, recepcja zamknięta, ale… są prysznice. Wracamy do samochodu po torby z ciuchami. Gorący prysznic, suche buty, już mi lepiej. Przed samochodem robimy sobie piknik – sałatka z tuńczykiem z puszki, kanapki + porto na rozgrzewkę. Owce obserwują nas spod drzewa. Czas znaleźć nocleg. Jedziemy w kierunku Llanberis (Nant Peris), zatrzymując się co 10 minut na kolejnych parkingach z widokiem. Cuuudnie. Gdyby jeszcze tylko nie padało/nie mżyło i gdybym miała drugą kurtkę. Hostel pod trasą na Snowdon – pełen, B&B w Gwastadnant – pełne, podjeżdżamy do paru kolejnych – to samo. W końcu zatrzymujemy się na parking w Llanberis, miejscowości w której rozpoczyna się długa (10 mil), lecz łatwa trasa na Snowdon. Stąd też odjeżdża kolej parowa, która dojeżdża na sam szczyt góry. Pukamy do kolejnych drzwi. W końcu uśmiechnęło się do nas szczęście. Już w drugim hoteliku znajdujemy wolny pokoik (z suszarka do włosów!) Juuuhu! Pit przestawia samochodzik na hotelowy parking. Zostawiam namiot i śpiwory na tylnym siedzeniu. Facet w recepcji patrzy jak za trzecim obrotem wnoszę kolejne ociekające wodą rzeczy. Pewnie już się przyzwyczaił do widoku takich przemokniętych turystów. W pokoju odpalam suszarkę. Pit uruchamia drugą (domową – a jednak podejrzewał, że może się przydać). 1.5 godziny suszenia i buty wydają się tak samo mokre. Na wieszakach w całym pokoju wiszą kurtki, bluzy, swetry i spodnie. Gyyypsy 😉

W Llanberis, położonym nad jeziorem LLyn Peris, u podnóża gór, znajduje się największa elektrownia szczytowo pompowa. Otoczenie elektrowni przypomina mi schody olbrzymów. Samo miasteczko, wygląda sympatycznie, jednak na wieczorny spacer jedziemy na wybrzeże, do Caernarfon, w którym zwiedzać można zamek z XIII wieku, w którym w 1969 roku książę Charles został koronowany na księcia Walii. Pit znajduje miły lokalik. Właściciel zachęca, aby pójść do sklepu za rogiem i przynieść własna butelkę wina. Propozycja nie do odrzucenia. Wciągając jagnięcinę, popijamy własne winko. Jest super. Aż trudno uwierzyć, że rano wspinaliśmy się do Devil’s Kitchen. Po powrocie, przez kolejne 2 godziny suszę buty. Tym razem na dwie suszarki.

Jutro czeka Snowdon, CUUUDOWNE widoki, podejście Miner’s Trails, ale o tym przy następnym wpisie 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy