Trasa na Snowdon, rogata bestia i wiatr

Sobota rano, w Walii. Hotelik w Llanberis serwuje śniadanie – bekon, jajko sadzone, kaszanka, smażony pomidor, kiełbaska (award winning!) smażony tost, który z powodu tłuszczyku waży tyle co kiełbaska oraz ziemniaczki. Do porzyyygu. Alternatywnie banan, jogurt i płatki. Ledwo się ruszam. Znosimy bagaże do samochodu, biegnę do sklepu sportowego po przeciwnej stronie drogi. Jeszcze tylko impregnat do butów i druga przeciwdeszczowa pelerynka. Sprzedawca odgarnia okruchy sprzed kasy. Proponuje ciacho. Uch…pęknę. Autobus będzie za minutę. Czekamy. Minutę, pięć, dziesięć? Jest! Siadamy wygodnie. Na kolejnym przystanku miejsca się zapełniają. Na następnym, koło pola namiotowego, kolejka do autobusu na ponad 20 metrów. Zmieściło się max 8 osób… Kolejny autobus za godzinę. (hyhyhy). Jedziemy do Penn-y-Pass Caffi – miejsca, w którym zaczyna się wejście Miners Track prowadzące na szczyt Snowdon.

Początek trasy jest wyjątkowo płaski. Aż do 1830 roku, kiedy powstała droga łącząca Glyder Fawr i Crib Goch, była to popularna trasa przejścia przez masyw górski. Wykorzystywali ją handlarze, pasterze i górnicy. Dziś po obu stronach szlaku widać ruiny kamiennych ostoi, między którymi pasą się leniwe owce.

Legendy mówią, że niedaleko przełęczy, którą mieliśmy się przeprawić, przy „pass of arrows”, zginął król Artur, zabity przez swojego największego wroga – Sir Mordred. Ciało króla Artura spadło w przepaść, ale jego wierni rycerze wierzą, że pewnego dnia król powróci. Czekają na niego w jednej z jaskiń na trasie. A przynajmniej tak mówi przewodnik. Po drodze mijamy sporo turystów z psami. Psami kieszonkowymi, psami pasterskimi i psami towarzyszami. Cześć z tras, szczególnie bardzo ostre podejście po obsypującym się żwirze lub wąskie i strome przesmyki przy krawędzi skał nie dawały mi spokoju… Jak Ci psiarze przeciskają się tu z Azorami? Jak bardzo posłuszny musi być Pluto, żeby przejść tędy, ze swoim właścicielem, na smyczy? Do góry – super, jeszcze pomoże wejść, ale na dół? No i zobaczyłam… Facet biegnie z dalmatyńczykiem. Cztery łapy wyhamowały szybciej niż ich właściciel. Dwie nogi się poplątały i skręciły a ich właściciel przyjął pozycję horyzontalną. Fruuu…

Podczas krótkiego przystanku karmię mewę. MEWĘ! W tych górach mew i rybitw jest cała masa. (sick!) Im wyżej tym bardziej wieje, tym mgła robi się gęstsza. Zaciągam mocniej kaptur. Nasz szlak łączy się przed samym szczytem. Docieram na górę we mgle, zastanawiając się czy jest tam jakieś schronisko w którym można napić się czegoś ciepłego i ogrzać zmarznięty nos. Mgła szczelnie zasłania okolicę. Podobno widoki w bezchmurne dni zatykają oddech. Podobno to rzadkość, żeby je zobaczyć na żywo. Górę lepiej traktować jako punkt wspinaczkowy raczej niż widokowy. Trudno. Przynajmniej jest schronisko. Czekolada w magiczny sposób przywraca krążenie w czubkach uszu i nosie.

Wracamy we mgle. Nagle ruch na trasie zamiera i słychać falę spontanicznego „Wow”. Mgła w ciągu sekundy odsłoniła widok na jeziora, otaczające Snowdon szczyty, tory kolejki i pastwiska. Jest nieopisanie pięknie i zielono. Kolory gór przechodzą z zimnej tonacji szarości w pełną paletę soczystych zieleni traw. Nie wiem czy patrzeć pod nogi czy chłonąć widoki, od których trudno oderwać oczy. Myślę, że wybierając się na ta trasę, warto próbować swojego szczęścia tak długo, aż nie zobaczy się panoramy ze szczytu. Widoki rekompensują chłód i wiatr.

Kolejny popas. Chwilę później ciekawska mewa odlatuje z parówką w dziobie. Ostatni kilometr trasy wracamy w deszczu. To dobrze. Utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności porannych pelerynekowych zakupów. Wracamy pod hotel, jemy obiad z puszki na hotelowym parkingu. Namiot leży na tylnym siedzeniu, tej nocy się przyda.

Pod wieczór wybieramy jeszcze jedną krótką trasę wspinaczkową. Początek trasy prowadzi przez pastwisko. Wspinamy się przez wysokie trawy. Słońce wisi już nisko nad horyzontem. Okolica ma złotawy, jesienny odcień. Przy wyjściu ze szlaku zaczyna w naszą stronę iść byk (raczej byk). Wspinamy się z powrotem w szalonym tempie. Co teraz?? Jak wyjść?? Przeskakujemy przez płot kolejnego pastwiska. Pastwisko zmienia się w błotny lasek przeorany nitkami mikro strumyczków. Ubłoceni, docieramy do drogi (ciągle pod czujnym okiem bestii, czyhającej po drugiej stronie płotu). Pozostaje jeszcze wysoki drut kolczasty przed samym asfaltem. Mhmmm. Brama na szczęście miała prześwity w druciaku. Uff. Miał być krótki spacerek, skończyło się na ekscytującym off roadzie 🙂

Wieczorem docieramy na kemping. Może to najładniej położone pole namiotowe w Wielkiej Brytanii… Z jednej strony widok na Snowdon, z drugiej na jakiś anonimowy szczyt, a my pośrodku w dolinie nad jeziorem. Minus? – przeciąg. Wiało. Wywiewało. Z góry deszcz, z boku wiatr, z dołu błoto. Namiocik nie wytrzymał pierwszej próby. Przygnieciony kamieniami, (chciał odlecieć razem ze śledzikami) spłaszczył się pod wpływem któregoś z podmuchów. Samochód zakopał się w błocie. W końcu się udało – samochód przeparkowany. Namiot przestawiony. Samochodowy parawan chronił namiocik od najgroźniejszych podmuchów.

Czas na grilla. Żar szaleje, iskry strzelają, wino wala się w błocie. 2 tshirty, bluza, sweter, kurtka, kurtka zimowa Pita, szalik, czapka. Mało. Śpiwór. W nocy mam uczucie, że uniesiemy się w powietrze. Do tego, raz na czas, na mój jedyny odsłonięty kawałek – nos, spada salwa deszczowych kropli. Przed 6 zawijamy namiot. Ruszamy na poszukiwania parkingu, na którym wyciągniemy siedzenia i w komfortowych warunkach, jak cywilizowani ludzie, zaśniemy w samochodzie.

Przed nami ostatnia wyprawa – Velvet Hill, oceniona jako jedna z najbardziej malowniczych tras w północnej Walii, ale o tym innym razem.

Czas spać (nie w namiocie! i nie w samochodzie…)
Co za luksus

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy