Taki sobie weekend

2 października, za oknem 27 stopni. (nadal mieszkamy w Sevenoaks!) Błękitne niebo razi z każdego okna. Oprócz błękitu, standardowo – dachy i ich mieszkańcy – gołębie. W domu sauna. My się kurujemy. Miśki siedzą na parapecie. Chusteczki i syropy, domowe i magiczne mikstury. Co pomoże? Czy poranne mleko z miodem i masłem? Słodkie z glutkowym kożuchem – pycha. Czy miód z cytryną i czosnkiem, który wzdryga Pita? A może wywar z imbiru? Czekam na rezultaty. Czasu coraz mniej. Od wtorku wakacje. Kto widział wakacje z chusteczkami?? Miśki nadal, niewzruszone siedzą na parapecie.

Skoro to weekend na kanapie w domku, czas nadgonić zaległości filmowe. Testujemy jakąś komedię – nie chce się śmiać. Jeden odcinek Spartakusa, super hiper produkcja HBO… nie czuję, nie czuję. To może Lost Highway? Z jednej strony nie mogę się oderwać, z drugiej strony – o co w tym filmie chodzi? Poddaję się. Wracam do Imperium Kapuścińskiego. Wciąga jak błoto, podczas ciepłych dni w Jakucku. Mimo sauny w pokoju, opis mrozu w Workucie wywołuje gęsią skórkę. 4:0 dla książki. Telewizor poniósł dotkliwą porażkę. A wełna? Wełna przemieszcza się ze mną z pokoju do pokoju… Podobno za miesiąc ma spaść śnieg (pooodobno). Szalik może się przydać.

Reklamy