Blues nocą

Nocą blues snuje się przez miasto. A przynajmniej przez Londyn. A już z pewnością przez jedną z jego alternatywnych dzielnic. Blues Kitchen wraz z niedzielnym Blues Jamem okazało się być mekką muzycznej spontaniczności. Ekipy poznające się na scenie grały muzykę, która unosiła kąciki ust. Blues – dźwięki gitary, dudniący bas, perkusja i popisowe solówki każdego z artystów, za każdym razem zaskakiwały brzmieniem. A wszytko, w aranżacji pubu prosto z Luizjany, gdzie kicz miesza się z kolonialnym stylem.

Facet, siedzący 15 minut temu przy naszym stoliku, na scenie, śpiewa chropawym głosem o sobie i jakiejś kobiecie. Chłopak przed nim gra całym sobą, jego głęboki głos wibruje w sali. Wychylam się, żeby go lepiej widzieć. Na scenie stoi nie mężczyzna, lecz chłopiec. Tylko jakby głos ma ze 20 lat więcej. Ekipa Włochów, z Joseppe na czele, ma w składzie wszechstronny wokal, który w chwilach,kiedy nie śpiewa, gra na harmonijce. Szkoda wychodzić, ale po długim dniu w Londynie, spacerze nad Tamizą, szlajaniu się po pustych uliczkach City, sklepach i straganach Camden Town, czas wracać do naszych siedmiu dębów.

Do pustego metra wskakuje facet z gitarą. Ciąg dalszy nocnego bluesa? Kończąc grę, śpiewnie prosi o bilety. Przechodząc, rozdaje nam ulotki z informacją o swoim koncercie. Gdzie? W Blues Kitchen. Wracamy za tydzień.

Reklamy