Wiosenne zmiany

Winko się polało, od razu jakoś tak bardziej się pisze. Znowu dużo się działo. Tym razem troszkę mniej przyjemnie, ale szybko udało się wyjść na prostą. Marcowe wypowiedzenie zaskoczyło mnie w jeden z tych poniedziałków, w które siedziałam zaspana po porannym locie z trójmiasta. A bo koszty, a bo wygrany przetarg i potrzeba seniora z bagażem doświadczenia, a bo…

Więc szukam nowego. Tym razem łatwiej, bo wsparcie obecnej ekipy nie do ocenienia. Drugi tydzień, nowa umowa podpisana. W sumie wyszło na moje. Podobno zmiany są dobre, ale chyba jestem z tych, co cenią sobie stabilność. Moją stabilnością wstrząchnęło, ale w nowym chcą szkolić, w biurze bilard, no i nisza, w którą warto się wkręcić. Od połowy kwietnia czas zmienić specjalizację z projektów desktopowych, na aplikacje mobilne. Od wtorku wakacje. Do wtorku codzienne przerwy na lunch z ekipą, w pubie, w słońcu, w 20stopniach. W sumie jest beztrosko jak nigdy, bo czym się martwić. Jest wiosna, Londyn, słońce ogrzewa białe ramiona, żonkile rosną jak szalone, przyszła kolejna porcja filcu – tym razem na torebkę. Niby z góry dostałam po głowie, ale zrobiło się jakoś lekko.

Jutro impreza pożegnalna, wtorek formalnie ostatnim dniem, ale to jeszcze zależy od stanu duszy i ciała po poniedziałku. Środa lot do domku. Trzymam kciuki za pana pilota, żeby tym razem nie zbłądził i wylądował nad morzem, a nie, jak ostatnio się zdarzało, w stolicy. Bo do domu ciągnie, bo Grubego już prawie miesiąc nie widziałam, bo tyle planów i jak zawsze tak mało czasu.

Dziś jeszcze w pełni smakuję niedzielnego lenistwa i tego winka… Wyskrobuję z lodówki ostatki libańskich przysmaków, w których ostatnio jestem zakochana.

Jakby to powiedziała moja wczorajsza towarzyszka – Salute!

Reklamy