Szalik na wiosnę

To może temat stary, już lekko przebrzmiały, niemniej nieopisany a przecież miał się doczekać swojego własnego, wyjątkowego wpisu, więc oto on. Szalik. Robiłam go od jesieni, może nawet od późnego lata, przez zimę, aż do wczesnej wiosny. Dziergałam, plątałam nitki, woziłam wełnę w torebce, szydełkowałam w pociągu i oglądając filmy. Zrobiłam. Nadeszła brytyjska wczesna wiosna. +20 stopni. Ehm. Szalik nosiłam na siłę. Przecież dopiero go skończyłam. Ugotuję się, ale założę. Mam pewne podejrzenia, że to co u góry postanowiło się w końcu zlitować i dać mi w spokoju pocieszyć się moją wełenką. Temperatura za oknem od ponad miesiąca kształtuje się na poziomie 9-15 stopni. Dla urozmaicenia czasem pada, lub wieje lub wieje i pada. Jupi! Więc otulam się kolorami, zawijam szczelnie po czubek nosa i cieszę się, że na wyspy nie dotarły majowe 30stopniowe upały, niemieckie 25stopniowe temperatury i słoneczne dni. Uf, co za ulga. Wełna górą.

Reklamy