Mgła i whiskey

Mgła otuliła Londyn, otoczyła swoim szalem Sevenoaks. Wychodzimy posnuć się po cichym i spowitym mgłą miasteczku. Zegar pokazuję 10.30. Na ulicach pusto, mleczne światło latarni łamie się, odznaczając wyraźne,pomarańczowe linie.

Ramiona latanii oplecione są pajęczynami. Na nitkach osadza się wilgoć i połyskuje jak diamenciki. Błąkamy się bez celu, z aparatem na szyi. Po paru zdjęciach bateria strajkuje, jaka szkoda, bo dopiero dochodzimy do najpiękniejszej części Siedmiu Dębów. Liście tworzą mokry dywan na szerokich schodach jakiejś willi. Bramy i niskie murki przechylają się każdy w inną stronę. Nieśpiesznie jadące samochody podświetlają mgłę, lecz nie rażą reflektorami.

Stary cmentarz wcale nie jest cichy. Wysoka wieża kościoła, rozmazuje się na tle nieba. Stoimy na wykładanej kamieniem drużce. Nie pada, w koronach drzew delikatnie szumi wiatr. To wystarczy aby strząsać z liści kropelki wilgoci. Szumi, krople dźwięczą – troszkę jak świerszcze, ale w bardzo dużej ilości. Te dźwięki potęguje spokój cmentarza. To nie jest godzina duchów i to na pewno nie jest straszne miejsce. Powiedziałabym, że jest dostojne i piękne. Czuję się, jakbym zatrzymała się w miejscu uwiecznionym na starej fotografii z pożółkłego albumu. Tylko światła, zamiast zastygnąć w bezruchu, drżą niespokojnie.

Whiskey dodatkowo rozleniwia, nogi idą, jakby wolniej, myśli wyjątkowo nie pędzą, ale szybują sobie gdzieś nieśpiesznie i są cały czas tu i teraz, wtapiają się razem ze mną we mgłę.

Lubię takie Sevenoaks. Troszkę szkoda, że bateria w aparacie nie pozwoliła uchwycić tych momentów na później, ale może dzięki temu zmysły chłoną bardziej.

Reklamy