Roast Dinner

W domku na kurzej łapce niedzielny chill. Dziś odpaliliśmy wspólny, nowy sezon motocyklowy. Chociaż nowy sezon to pojęcie dość względne. Z racji na brytyjskie, wyjątkowo sprzyjające warunki pogodowe, wyraźnej przerwy pomiędzy sezonami (czyt. przerwy w Pitowych dojazdach do roboty na 2 kółkach) nie było. Przynajmniej, ja – najbliższy obserwator, jej nie zauważyłam.

Niebieski świeci się jak psu jajca. Właściwie to błyszczy. Połyskuje swoją niebieskością w promieniach marnego, popołudniowego słońca. Gruby polerował go zawzięcie przez półtorej godziny. Rurka, baczek, lampki.

Wczesnym popołudniem dosiedliśmy niebieskiego i pojechaliśmy na pierwszy od czasu przyjazdu na wyspy, ale jakże typowy dla brytoli, roast dinner. Trzeba by dodać, że typowy roast dinner je się w niedzielę. Jego przygotowanie zajmuje podobno około pół dnia, więc, żeby oszczędzić cierpienia tym co mieliby go przygotować lądujemy w lokalnym pubie w Maidstone. Czekamy w kolejce po kawał pieczonego kawałka wołowiny, wieprzowiny i indyka. Wszystkie trzy mięska wyglądają smakowicie. Różowiutko, soczyście, mniam. Jeszcze nie próbowałam a już chcę dokładkę. Pan obsługujący nóż, z pietyzmem odkraja kawałki mięs. Ja poproszę każdego po kawałku. Najpierw dwa ciemne, cieniutkie plastry wołowiny, potem soczyście wyglądający, różowiutki prosiaczek. Nie, nie jeden kawałek mi starczy. I jeszcze indyk. Czas na warzywa. I sosy. Sosy są najważniejsze. Na talerzu ląduje gotowana kapustka, pieczone ziemniaczki, kalafiorki w sosie serowym, zielony groszek i coś co podobno jest bardzo typowe i bardzo tradycyjne, ale czego nazwy za nic nie byłam w stanie zapamiętać. Wygląda to jak kawałek ciasta. Kostka ciasta. Cista drożdżowego z makiem. Ale to nie mak, ale masa ziół. I to nie cisto, ale może coś bliżej masy ziemniaczanej. Masa się ciągnie. Z góry i z dołu otacza je chrupiąca, brązowa skorupka. Dobre. Czas na sosy. Na mięsku lądują po kolei: sos z żurawiną, sos miętowo ziołowy, piekielnie ostra musztarda i najważniejsze – masa tłuszczyku z pieczeni. Ten pieczeniowy tłuszczyk stoi w dzbanuszku, kształtem przypominającym małe wiaderko. Wszyscy podlewają nim swoje jedzonko, co najmniej hojnie. Więc leję i ja. Chlust. Ziemniaczki i mięsko otulił brązowy sos. Powrót do stołu wymaga niezłej koordynacji – żeby nie ulać, nie upuścić, nie zrzucić. Żeby groszki nie tańcowały za bardzo po talerzu, żeby się nie upinkolić sosem. Żeby wielkie dmuchane bułeczko ptysie zostały na talerzu.

Mhmmmm

Pisząc to o 22.38, czuję się nadal objedzona. Było pysznie. Będę trawić przez kolejne trzy dni. Czuję się troszkę jak wąż, tak ładnie narysowany w ‚Małym Księciu’.

maly_ksiaze_waz

A w kurtkę na motor zapięłam się na wdechu, w pozycji, która dla zapinania kurtek typową raczej nie jest. Ale się udało!

Reklamy