O nocach w Brighton

Sobota wieczór. Jeszcze tylko trzeba zrobić oko. Buziak do lustra. Już czas. Ekipa czeka pod domem. Torba do bagażnika. Puszka bacardi z gruszką robi głośne pssssst. Jaha! Wieczór oficjalnie uznany za rozpoczęty.

Hotel w Brighton zaprasza na parking dla gości pytając wcześniej jakim samochodem się przyjechało. Aaa, to proszę wjechać w bramę między numerem 8 a 9. Jest. Uhm. Z walizką będzie się trudno przecisnąć, a co dopiero samochodem. Wdech. 2 centymetry z lewej. Centymetr od ściany z prawej. Luzik. Lusterka można zawsze jakoś złożyć. Zabawa zacznie się jutro, na poimprezowym oddechu i śpiącym oku. Ten problem zostawiamy na później.

Najmilszy pan w recepcji zaleca nie wracać przed 2 i życzy miłej zabawy. Potem zaczyna tłumaczyć jak dostać się na trzecie piętro. (?). Proszę jechać na drugie piętro, następnie iść w lewo i trzymać się głównego korytarza, następnie, wejść na półpiętro, wejść w drugie drzwi po prawej, za którymi będą schody na trzecie piętro. Potem wystarczy trzymać się znaków. Uhm. Udało się.

Odważnie deklaruję się spotkać się z resztą ekipy na dole. Ślepy zaułek. Wracam. Drzwi z napisem ‚Danger’. Wracam. Serce bije ciut szybciej. Otacza mnie cisza. Mijam windę, ale co ona robi na trzecim piętrze… Mijam jakieś schody, którymi na pewno nie szłam w przeciwną stronę. W końcu jest! Znajomo wyglądający kredensik. Schodki w dół i już jestem w domu! Winda z drugiego piętra! Panowie też pobłądzili. Pit pyta o mapę. Pan w recepcji przestaje się uśmiechać słysząc, że nie chodzi o mapę Brighton.

A co się działo później? Z paru miejsc, do których zawitaliśmy tej nocy, na szczególną uwagę zasługuje Casablanca Jazz Club, w którym ekipa The Devotions miała tej nocy swój gig. Wieczór przecudny, jazzująco – swingujaca ekipa, z trzema niskimi, kobiecymi wokalami rozhuśtała nawet najbardziej oporne ciała.

W końcu nastał taki moment kiedy ukojone uszka, roztańczone nogi i rozpstrykane palce potrzebowały wytchnienia. Znalazły je w nadmorskiej smażalni ryb 24h. Sznur ludzi przed barem. W końcu wtapiamy zęby w tłuste fish & chips. Om nom nom.

Czas wracać. To może jeszcze winko w hotelu? Winko w kieliszkach, oczy półotwarte. Jeszcze łyczek. Taki fajny wieczór. Aż szkoda go kończyć. Chrrrrrrrr

Reklamy