Cozumel – wyspa szczęśliwych ludzi

Żółwi na plaży nie było. Są inne atrakcje. Będzie ciut bez ładu, ale piszę na wpół śpiąc a przede mną jeszcze trzy rozdziały podręcznika do nurkowania.

Na ulicach Cozumel ograniczenie do 30 i wszystkie środki transportu, od wielkich SUVów przez skutery i dorożki się tego trzymają. W kasie czekamy 20 min aż ekspedientka potwierdzi cenę chleba. Na Cozumel nikomu się nie śpieszy. Śmigam 30km/h skuterkiem z Pitem w charakterze plecaczka. Dziś przesiadamy się na garbusa, który nie ma hamulców. Nawet ręcznego. Ani zamka w drzwiach. Za to ładnie prezentuje się na zdjęciach.

Jeżdżąc skuterem należy pamiętać o wyciąganiu kluczyków ze stacyjki. My zapominaliśmy… Za pierwszym razem, po nocy, tkwiły sobie jakgdyby nic się nie stało, w bagażniku. Za drugim, lekko zdesperowani, przetrzepaliśmy plecak, torbę i łódkę. Miguel zaproponował hol na linie do wypożyczalni. Ostatnia deska ratunku – pan parkingowy. Pan parkingowy nie rozumie po angielsku. Skuter. Key. No key. Nie ma. Lost. Macha ręką żebym go zaprowadziła. Macham ręką że nie. Że kluczyk. Pan w końcu łapie. Idzie do kapciapy. Przynosi znajomo wyglądający kluczyk z żółwiem. Dziękuję temu komuś, kto wyjął go ze stacyjki i odniósł do pana parkingowego. Trzeci raz szczęścia nie będziemy kusić. Chyba.

Uczę się nurkować. Holenderska instruktorka przyjechała tu pięć lat temu, na dwa tygodnie. Została do dzisiaj. Miguel – mój instruktor, przyjechał tu parę lat temu na dwa dni. Został.

W barze stoją powbijane jedno w drugie plastikowe krzesła. Zanim siadam, wyszarpuję jedno, odstawiam drugie. Okazało się że czekają na wypadek kontaktu w grubym amerykańskim turystą, pod którym pojedyncze krzesełka łamią się z hukiem.

Jakiś Pan chwyta nasze zakupy i pakuje do garbusa. Facet w koszulce ‚Ask me, I’m local’ podchodzi i pyta jak nam się podoba i czy potrzebujemy jakiejś informacji. Pierwszy kierowca puszcza mnie, kiedy mozolnie wyjeżdżam warczącym garbusem spod wypożyczalni. Przypadkiem trafiamy na miejski koncert. Ludzie słuchają, tańczą salsę. 60latkowie wywijają piruety w 30stopniowym upale. Zabawa trwa. My zasypiamy. Czas do łóżeczka.

Cozumel do wyspa szczęśliwych ludzi.

Aaaa rano przy śniadaniu przyleciał kaliber i spijał nektar ze zrobionego dla niego poidełka! No a co do żółwi, to kilka widziałam, latały pod wodą, a ja za nimi. Co za widok!

image

image

image

image

image

image

image

image
image

image

image

Reklamy