Cozumel – w poszukiwaniu błękitu

Ruszamy garbuskiem w trasę dookoła Cozumel. Skręcamy w boczną drogę. Trasa wije się w lewo i prawo. Dziury w piaskowej drodze wypełnione są liśćmi palmowymi. Wzdłuż drogi wygrzewają się iguany. Co drugie skrzyżowanie sklepik, w którym można kupić cole i ciastko. Średnio sklepik przypada na 3, kryte blachą budki. W sklepiku hamak i telewizor. I cola. Mijani, uśmiechają się lub machają do nas. Wszystko jest pokryte pyłem.

Dojeżdżamy do głównej trasy. Garbus ma 2 pasy tylko dla siebie. Po drugiej stronie wyspy nie można pływać. Nurt jest za silny i pochłonął już sporo nieuważnych ofiar. Wielkie fale, piękne białe plaże, przestrzeń, z lewej błękit, z prawej, w dole podmokła dżungla. Po środku pusta droga i my. Kiedyś wyspę można było obiechać tylko wąską trasą szerokości trasy rowerowej. Dziś, wzdłuż niej prowadzi druga droga.

W Coco można podobno wypić najlepsze mohito na wyspie. Ekpia z którą nurkujemy ‚po pracy ‚ jeździ tam na drinki. Tym razem obeszło się smakiem. Przed nami popołudniowe nurkowanie. Przede mną dodatkowo nauka teorii. Uczę się na leżaku, w hamaku, w barze, przed snem, po nurkowaniu i przed nurkowaniem. Gruby gotuje obiadki, robi śniadania a ja się uczę.

Wsiadamy na łódkę z dwójką sędziów footballu amerykańskiego z Caroliny Północnej. Jeden z nich ma swojsko brzmiące nazwisko Piernicki. Gdy jego dziadkowie przyjechali do Stanów, urząd imigracyjny zmieniał końcówki nazwisk, czego rezultatem jest obecne Piernicky.

Popołudniowe nurkowania dają poczucie posiadania bezmiaru wody na własność. Wciskam się w piankę. Owijam się pasem z ciężarami. Zapinam BCD. Lewa ręka na pas, prawa na maskę i ustnik. Na trzy – fikołek do tyłu.

Pod wodą nowy świat. Mija mnie żółwia taksówka, z przyssaną do niego wielką rybą, homary wielkości psa, płaszczki, żółwia rodzinka, podwodne, żółte kominy rafy, ryby w kolorach tęczy, parot fish. W ciągu ostatnich lat rafę upodobał sobie lion fish – trująca, śliczna ryba, którą lokalni traktują jak szkodnika, gdyż wyżera młode większości innych ryb. Pepe nakłuwa ją na ostrze i przy najbliższej okazji karmi nią ryby.

Zdaję mój egzamin jedząc ceviche i popijając Sol. Bajka powoli się kończy. Czas pożegnać się z Miguelem. Pora jechać do Tulum. Kiedyś tu wrócimy. Zostawiamy kawałek serca na tej wyspie.

Ps. Pit mówi żeby koniecznie opisać drift. Przy ostatnim nurkowaniu Pepe pyta czy chłopaki są gotowi na lot. Zaczyna się podwodny base jumping. Ostatnio prąd jest na tyle silny że można tylko ułożyć się wygodnie, ulec mu i lecieć nad i między rafą z rękoma ułożonymi jak Superman.

Juuuupi!

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Reklamy