Sian Ka’an – rajskie plaże

Ostaniego dnia w Tulum pojechaliśmy do rezerwatu Sian Ka’an. W planie kajak. Jedziemy wzbijając za sobą chmury kurzu. Na miejscu okazuje się że oficjalny operator wycieczek po rezerwacie (CESIAK) jest zamknięty. Może uda się podczepić pod jedną z prywatnych wycieczek. Lokalni kierują nas na mini kemping. Na kempingu kierują nas 45 metrów dalej. Brama zamknięta.  Lokalni starają się pomóc. Krzyczą do kogoś kto powinien być po drugiej stronie płotu. W końcu wychodzi zarośnięty i zaspany facet z kawą. Niestety dziś i jutro wszystkie kajaki zarezerwowane. Duży ruch. Trzeba planować z wyprzedzeniem. Od przyszłego roku ma być jeden ‚rezerwowy’ dla takich jak my. Zaprasza za dwa dni. Na dziś poleca pogadać z kapitanami. Siedzą na kempingu. Mogą nas zabrać na łódkę i pokazać flamingi.

Wracamy na kemping. Kupujemy wodę. Czas zagadać z senior capitan. Pływa po w okolicy oraz w Punta Allen,  małej wiosce rybackiej. Dojazd do niej wymaga samochodu terenowego i pomimo, że jest oddalona o 45 km dojazd zajmuje około 2 h w jedną stronę. Warto – delfiny mają tam swoje lęgowiska. Jest tam również dużo dorosłych flamingów. Flamingi dopiero z wiekiem robią się różowe.

A czy kapitan nas zabierze? Nie. Zaraz przyjeżdżają turyści. Ma jedną łódkę. Zaprasza na plażę. Dla nas za darmo.

Pozostaje iść na plażę. Na kempingu nie ma żywego ducha. Tylko kapitan i jego rodzina. Między palmami wiszą hamaki. Gdzieś w cieniu palmy śpi pies. Idziemy na plażę.  Na plaży pusto. Parę metrów od wejścia stoi mały namiot.

Znaleźliśmy swój raj. Wielkie fale dają masę zabawy. Siedzimy w cieniu palmy poza zasięgiem kokosów. Dwie godziny później kapitan mówi, że może nas zabrać łódką wraz z meksykańską parą.

Wsiadamy na małą lódeczkę i płyniemy na lagunę. To zamknięty,  płytki zbiornik.  Na środku znajduje się ‚cenote’ podwodne jezioro – granatowa dziura, która ma połączenie z oceanem.  W jej okolicy mamy wypatrywać ‚fok’ lub ‚syren’. Ich nos ma wyglądać jak kokos na wodzie. Chociaż bardzo wytężamy wzrok ani fok ani syren ani nawet kokosów nie widzimy. Szkoda. Kolejny punkt to zalana mini świątynia Majów. Nad nami przelatują pelikany. Pod nami płytka, gorąca woda. Z Każdym huraganem poziom wody w lagunie nieznacznie się podnosi.

Wzdłuż wybrzeży rosną drzewa namorzynowe. Jedno z nich obsiadły młode,  białe flamingi. Płyniemy dalej. Lekko nad wodą widać długi ogon krokodyla. Leniwie płynie łypiąc na nas jednym okiem. Mamy szczęście. W drodze powrotnej widzimy dorosłe flamingi.

Czas wracać. Z drugi zgarnia nas złapany na stopa pickup. Powrót na pace w sześć osób to gra w unikanie liści palmowych. Kontakt z twarzą może być bolesny 😀

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Reklamy