Spacery South Bankiem

Kiedy czasu znów więcej, wracam do swoich ulubionych miejsc w Londynie, gdzie zawsze miło mi dreptać i na ogół dużo się dzieje. Z London Bridge na Borough Market; na kawę i trufle w Monmouth coffee, przez stoiska z owocami, pachnącą kaczką confit, ostrygami i prosecco przez stoiska z serami, winami i czekoladą. Fani sera nie mogą ominąć Kappacasein Dairy – gdzie stopiony ser przykryje ziemniaczki, a małe korniszonki dopełnią pyszną i kaloryczną kompozycję. Mnnniam. Mijam Bread Ahead Bakery, ktora prowadzi warsztaty kulinarne. Przymierzam się do ekspresowego kursu sourdough starting class. Ostatnio zakochałam się w pizzy na tym cieście, chlebki dłużej trzymają świeżość, a poranne toasty z awokado i jajkiem w koszulce na tym chlebie smakują palce lizać.

Mijam teatr Szekspirowski, następnie Tate Modern, w której od roku działa 360ᵒ taras widokowy, a niektóre z wystaw wyprawiają mnie w lekkie osłupienie. Trafiam na instalacje festiwalu światła Lumiere. Każdy robi zdjęcia, nagrywa filmy, szuka idealnego ujęcia. Trochę śmiesznie patrzeć na to z boku, ale przecież sama robię to samo. Mijam targ używanych książek i ilustracji. Kusi jak zawsze. Tylko teraz tak trudo o chwile na czytanie, a w kolejce czeka przecież Sekretne życie drzew oraz Genialna przyjaciółka. Mijam National Theater, jeden z bardziej znanych Londyńskich przykładów architektury brutalizmu. Idę do South Bank Center. To ostatnio jedno z moich ulubionych miejsc; z przestrzenią do pracy zdalnej, regularnymi eventami dla rodziców i maluchów oraz spotkaniami z inspirujących mówcami i wystawami. Na jego dachu działa obecnie tymczasowa sauna z obłędnym widokiem na Londyn. Dla łakomczuchów to dobry moment na kolejny przystanek na uliczne jedzenie na Southbank Food Market.

Lubię tą trasę o każdej porze dnia i nocy. Poranne spacery ze stacji Blackfriers do Waterloo dają kopa energii. Wieczorne, romantyczne spacery w świetle rozwieszonych na drzewach lampek, zostają na długo w pamięci. Latem ogrody na dachu National Theater wabią zapachami ziół i warzyw, wśród których sączyc można zimne (i koszmarnie drogie) piwo. Zimą stoiska wzdluz Tamizy pachną grzanym winem i miodem. Wracam na Charing Cross. Kończy sie ‚Magic Hour’. Miasto powoli zapala swoje światła. Uliczny grajek gra coś na saksofonie. Czas zwalnia, a ja się cieszę tymi rzadkimi chwilami bez wózka.

Reklamy