Wyjce

Przyszedł taki weekend, kiedy zostajemy same z dziewczynami. Tata rusza w świat. My – staramy bawić się w najlepsze. Zmieniamy pieluszki. Te większe i te mniejsze. I znowu te mniejsze. I jeszcze raz. I jeszcze. Przecież dopiero przed sekundą… nie sikać tyle! Zabrakło pieluszek. Troszkę śpimy. Troszkę jemy. Troszkę rozmazujemy jedzenie po podłodze i ścianach. Przebieramy sie 3x dziennie. Mama, Mniesza Mała i Najmniesza Mała. Wyczesujemy pomidory i jajo z włosów. Na spacerach kopiemy liście, starając się przy tym omijać psie kupy. Czasem bezskutecznie. Szczekamy na psy. Skaczemy do wiewiórek. Ryczymy dinozaurem na przechodzących nieznajomych – czasem ktoś odryczy. Jest wesoło. A czasem wcale nie. Wieczorem, kiedy Mniejsza Mała włącza syrenę moja cierpliwość poddawana jest testom wytrzymałości. 19.30 – łóżko. 20 – wycie. Shhhhh. 20.30 – wycie. Shhhhhhhhh. 20.50 – wyyyyyycie, łzy, dramat. 20.55 – chyba to nie łóżeczko, tylko loże tortur – wycie. 21.10 ciekawe ile z każdym wyciem przybywa siwych włosów. 21.30 – doktoryzuję się w przeklinaniu szeptem. 22.00 Mniejsza Mała śpi jak aniołek. U mamy w pokoju. Naprawę tej sytuacji zostawimy Tacie.

Jest o czym pisać. Tylko kiedy, skoro ostatnio doba to zdecydowanie za mało. Pomimo to, w weekend udaje mi sie nawiązać przelotny romans z pizzą i burrito (na raz!) oraz winem i filmami. Czasem moje kochane wyjce też potrzebują wypoczynku. Czas na sen. Jutro kolejny dzień przygód.

Reklamy