Start!

Zamykam oczy. Od czego by zacząć. Najlepiej jednak będzie zacząć od samego początku. Jest połowa lutego. Wychodzimy z lotniska Tenerife South. Otula mnie przyjemne ciepło. Nad nami błękitne niebo, dookoła palmy. Mogę spędzić wakacje nawet tu, na lotniskowym trawniku. Na fali błogości, porównywalnej z tą po kilku lampkach dobrego wina, szukamy naszego samochodu. Jest. Foteliki są (przytachane przez Grubego). Dzieci zapakowane. Wózki weszły. Walizka jest. Odlicz – jeden, dwa, reszta nie umie liczyć.

Drogi Google, zaprowadź nas do sklepu, w którym kupimy słodki sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i najcieniej pokrojone kawałki jamon iberico. Wyskakujemy na parkingu najbliższej Mercadony i kupujemy oczami wszystko co nadaje się do jedzenia. No i jeszcze pieluszki małe, duże, wodoodporne i zwykle, mleczka, chusteczki, słoiczki i jeszcze parę innych niezbędnych do przetrwania rzeczy.

Po wyjściu, w milczeniu rzucamy się na bagietkę, rwiemy jamona i popijamy sokiem. Czasem cieszę się, że dziewczynki nie bardzo rozumieją co się wokół nich dzieje, bo pewnie zapadły by się pod ziemię widząc spojrzenia przechodniów. Cóż za raj. Jest pysznie. Tylko ręce się kleją.

Drogi Google, gdzie jest nasz hotel? Nasz hotel to dzieło szalonego wizjonera, który o mały włos stworzył raj dla rodziców i dzieci. Basen odkryty z widokiem na ocean (tylko woda o tej porze roku zimna), basen zakryty z sauną (worki cementu sugerują, że jeszcze zamknięty); park linowy (na którym część desek się poluzowała, a część lin opadła); domek z piernika (tak tak!) w którym zamiast Baby-Jagi (albo modnej ostatnio baby-yogi?) lub chociaż dzieci i cukierków, stała na wejściu pralka. Był też park ze smokiem (do smoka nie mogę się przyczepić – był piękny i wielki!); figurki żółwi (to faworyt Młodszej Małej), Kot w butach, Kung-fu panda, dinozaury, sięgające mi do pasa grzybki z pofalowanymi kapeluszami i wiele innych atrakcji. Była też restauracja, w której nigdy nie było gości (ani światła) i przemiła Pani na recepcji, która dała nam balony (bez których Młodsza Mała nie wsiadła do samochodu). To nasz dom na kolejne kilka dni. Łóżeczka młodszych młodych docierają dzień później. W międzyczasie dostajemy ‚upgrade’ więc dziewczyny leżą zabarykadowane torbami, żeby przypadkiem nie sturlały się z podwójnych lóżek, podczas kiedy my idziemy poćwiczyć nad basenem. Cuuuudownie. Po treningu, bez skrupułów kontynuujemy jedzenie. I picie lokalnego wina.

Weeeeho!