Lee Valley i kaczki

Czas wychylić nos z domu i poszukać wiosny (a przy okazji kolejnych potencjalnych okolic, w których miło by się mieszkało). Jedziemy w do Lee Valley. Parkujemy koło hostelu YHA, tuż za stacją Cheshunt. Miasteczko wraz z przyległym Waltham Cross to architektoniczne potworki z High Street oferujące tłuste hamburgery i kurczaki. Przekraczamy tory kolejowe i znajdujemy się w idyllicznym parku, z licznymi ścieżkami dla pieszych i rowerzystów. Wplątujemy się w wąskie trasy wzdłuż małych jeziorek, po których pływają perkozy, kaczki i gęsi. Młodsza Mała uwielbia kaczki. Siadamy na pomoście. Przypływa pierwsza para. Młodsza Mała rzuca im listki i patyczki. Kaczki dają się nabrać. Przypływają kolejne, a oczarowana Młodsza Mała macha im raczkami i wysyła buziaki. ‚Baaaj Kaczki!’ Idziemy dalej.

Jeziorka to pozostałość po żwirowni z XIX wieku, która została zalana wodą. Wchodzimy na trasę prowadzącą drewnianymi kładkami. W tym miejscu latem rosną orchidee, które upodobały sobie moczary i tutejszą ubogą glebę – dziedzictwo z czasów, kiedy dziury po żwirowni zasypywane były odpadami z elektrowni węglowej. Dziś orchidee potrzebują pomocy w utrzymaniu swojego wrażliwego ekosystemu. Co roku roślinność rosnąca na storczykowych moczarach jest wycinana i wywożona, aby ich pozostałość nie wzbogacała gleby. Gdyby tak się stało, inne rośliny wyparłyby wszystkie rosnące tu gatunki storczyków. Storczykowa dygresja.

Miało być o kaczkach. Kaczki to za mało. Cheshunt nie ma charakteru. Ani (jak się okazało, kiedy głodni wracaliśmy ze spaceru) pubu, w którym miło byłoby usiąść na Sunday roast. Jedziemy dalej. Zajeżdżamy do Lee Valley Park Farm, gdzie w automacie jak do Coca Coli można kupić sobie świeże mleko od lokalnej krowy. Młodsza Mała pije mleko, Najmłodsza Mała pije mleko, Gruby pije mleko. Ja podziękuję.

Sunday Roast w pubie, którego wnętrze przeżyło swoją świetność kilka dekad temu, okazuje się być przepyszny. Wcinamy największe z dostępnych porcji. To cztery pieczenie – jagnięcina, kurczak, wieprzowina i wołowina do tego kiełbaski w bekonie, pieczone warzywa, zasmażone ziemniakami i chrupiący, delikatny yorkshire pudding. Mniam. Możemy toczyć się dalej.

Robimy de-tour, żeby zobaczyć trzy kolejne miejscowości. Dwie zauroczyły nas zadbanymi ogrodami, butikowymi sklepikami i knajpkami. Ostatnią szybko wykreślamy z naszej listy „a może by’. Do Lee Valley jeszcze wrócimy. Tym razem na rowery lub kajaki.