Gdzieś pośrodku niczego

Jedziemy do Szkocji na wesele. Wiem że ma być pięknie, dziko. Wiem też, że jedzenie będzie smaczne. Przed przyjazdem sprawdzamy tylko adres. Na miejscu odkrywamy raj na ziemi. Ostatnie 7 km prowadzi nas wąska, kręta trasa na jeden samochód, z nielicznymi mijankami. Cudem unikamy czołówki z taksówkarzem, który chwilę wcześniej przywiózł mamę panny młodej. Pisk opon, taksówkarz ociera czoło. Nic się nie stało. Nam zrobiło się wesoło. Jedziemy wzdłuż jeziora, w tunelu z konarów, jesiennych liści, zielonego bluszczu. Mijamy małe potoki spływające do jeziora. Robi się błogo. Hotel to oaza dla ciała i duszy. W pokoju czekają pyszne przekąski. Kolacja z 7 dań, z kuchni wyróżnionej w przewodniku Michelin. Tylko Mniejsze Małe nie chcą tego docenić. Pijemy duszkiem lokalne piwo. I jeszcze jedno. Na podłodze koło nas piętrzą się warzywa, ryba i ziemniaczki. Ostryga z whisky okazuje się super. Zupa w pietruszki też. I chleb. I masło. Może jesteśmy tacy głodni. Następnego dnia jest równie pysznie. Tu musi być pysznie. I pięknie. Przytulne wnętrza, niskie sufity, kominek, drewniane podłogi, ze ściany łazienki patrzy na mnie pies. Najmniejsza Mała za każdym razem kiedy go widzi, szczeka.

Idziemy zgubić się gdzieś w okolicy. Przez 2 godziny mija nas jeden samochód. Dawno nie słyszałam takiej miłej ciszy. W końcu trasę zagrodził nam baran. Nie wiemy czy ma przyjazne zamiary, na wszelki wypadek zawracamy. Czas zacząć szykować się na bajkowe wesele.

Będziemy je długo wspominać. Kiedyś tam wrócimy. Tym razem z namiotem. Po naszemu, na dziko, żeby obudziło nas beczenie baranów. Póki co, budzi nas beczenie Mniejszych Małych.